Lubimy od czasu do czasu włożyć kij w mrowisko i czas najwyższy, aby znowu to zrobić.

Kilka razy usłyszeliśmy w ostatnim czasie, że niepotrzebnie prezentujemy tak ładne zdjęcia naszych zwierząt i naszej farmy na Mazurach. Że wiedza na temat tego, skąd pochodzi mięso, które kupują, wcale nie jest konieczna. I, że niepotrzebnie to podkreślamy…

Oczywiście uśmiechamy się i cierpliwie tłumaczymy, ale tak naprawdę takie pytania bolą nas, i to bardzo.

Czy naprawdę jako społeczeństwo aż tak bardzo przyzwyczailiśmy się do anonimowego produktu, zapakowanego w folię z logiem uśmiechniętej świnki na kolorowym tle?

Pokazując jak hodujemy nasze zwierzęta nie chcemy przesadnie prowokować czy wywoływać poczucia niesmaku. Nie traktujemy tego też jak zwykłej reklamy. Pokazujemy po prostu, że nasze mięso nie jest anonimowe i pochodzi od zwierząt hodowanych w sposób naturalny – takich, które spełniają swoje naturalne potrzeby i instynkty swojego gatunku.

Pamiętajmy: mięso nie rodzi się na talerzu. A to smaczne i zdrowe mięso wymaga zdecydowanie większego nakładu czasu, pracy i środków.

Gdy o tym rozważamy, przychodzi nam na myśl pewna scena z filmu „Avatar”. Na’vi, czyli rdzenni mieszkańcy planety Pandora zaraz po polowaniu odmawiają tam modlitwę i oddają hołd temu, że odebrane życie pozwoli żyć im i ich rodzinom. Szanują swoje pożywienie i zwierzę, z którego ono pochodzi.

I nam też chodzi właśnie o to, aby ludzie szanowali mięso, nie traktując go jako produktu łatwodostępnego, którego nadmiar można w każdej chwili wyrzucić. Wyznajemy zasadę, że lepiej jeść mięso rzadziej, ale całe, niż wyrzucać cokolwiek do kosza.

To nie wszystko. Wspieranie ekologicznych hodowców i tradycyjnych rzeźników daje też pewność, że zwierzęta są hodowane w sposób powolny i absolutnie bezstresowy. A to procentuje nie tylko smakiem, ale również wartością prozdrowotną produktu.

Oczywiście rozumiemy część argumentów wegetarian. Na przykład to, że nie chcą zabijać zwierząt. Rozumiemy to i szanujemy. Trzeba jednak pamiętać, że małe gospodarstwa ekologiczne są wielokrotnie bardziej przyjazne naturze niż konwencjonalne monouprawy zbóż, które zużywają cysterny środków chemicznych ochrony roślin. Gros produktów dla wegetarian nie ma nic wspólnego z byciem przyjaznym dla środowiska. Wystarczy porównać nasze czy inne gospodarstwo ekologiczne z wielkimi uprawami zbóż czy warzyw. U nas życie kwitnie, są małe i duże dzikie zwierzęta: żaby, lisy, sarny i inne. Pszczoły swobodnie zbierają nektar z wielu polnych kwiatów i roślin, które też stanowią pożywienie dla naszych krów. My i nam podobni nie używamy chemii dla zwiększenia plonów. Najcenniejszy nawóz, czyli obornik mamy niejako „z urzędu”, bo przecież dostarcza go nam nasze bydło. To wszystko składa się na piękny, zamknięty cykl natury i żadne chwilowe mody tego nie zmienią. Jest to najbardziej przyjazny środowisku sposób na produkcje żywności, który został wymyślony.

Oczywiście są też wegetarianie świadomi, którzy jedzą lokalne produkty ekologiczne. Z nimi zgadzamy się pewnie co najmniej w 8 na 10 punktów. Różni nas sam stosunek do mięsa, ale łączy nastawienie do przemysłowej hodowli zwierząt, a raczej obrzydzenie i wstyd przed tym, że można tak traktować zwierzęta, a do tego truć ludzi.

Niedowiarkom proponujemy wycieczkę na gospodarstwo ekologiczne i skonfrontowanie tego co widać z konwencjonalnym polem pszenicy albo soi. Zapewniamy, że pytanie co jest lepsze dla środowiska, a więc również dla nas, i gdzie jest więcej życia, stanie się retoryczne.